Abonent jest czasowo niedostępny

Karol czuł coś pomiędzy niepokojem a radosnym podnieceniem. Strach i ekscytację. Było to uczucie podobne do tego, jak w trzeciej liceum podszedł do wyjątkowej dziewczyny z klasy wyżej i zaproponował jej hot-dogi w obleśnym barze „Japa”, znajdującym się nieopodal przystanku SKM Zaspa. Podjechał po nią swoim własnym Fiatem 125p, zwanym „dużym”. Zgodziła się. Dziś pewnie musiałby taką damę zaprosić do x-gwiazdkowego hotelu w Sopocie. Zapewne jechaliby pojazdem z biało – niebieskim okrągłym logo na masce, ON – KRÓL LEASINGU z wiecznym debetem. Och, Karol! Karol jednak zachował proporcje i wybrał życie inne od reszty rocznika ‘76, kończąc z nimi piętnaste liceum na gdańskiej Zaspie. Został fryzjerem, co doprowadziło jego matkę do depresji, a ciotkę do obłędu. Ta druga, znalazłszy się w szpitalu na Srebrzysku, nie mogła zrozumieć, jak mógł tak zawieść.

Dziś czekał na absolutnie wyjątkowego klienta. W „Montowni Fryzur” miał zjawić się człowiek, którego Karol nazywał ON. Zawsze podawał inne nazwisko i niezmiennie, jak co miesiąc, ich system monitoringu zawieszał się na czas, jaki spędzał na fotelu. ON był zwolennikiem handlu wymiennego – za każdym razem płacił za usługę karteczkami, na których oprócz numeru telefonu było napisane, jak w planszówce: „przejazd poduszkowcem po depresji żuławskiej”, „nocny lot śmigłowcem pięć metrów nad plażą na odcinku Rewa – Gdańsk Brzeźno” czy „pięć godzin lekcji strzelania z ciężkiego karabinu maszynowego”. Zawsze pokazywał je swojemu szefowi Wojtkowi, właścicielowi salonu, który uważał, że należą do Karola. Kartki zawsze działały – dzwoniłeś i nie musiałeś się przedstawiać, bo głos generowany przez syntezator mowy natychmiast podawał datę, godzinę i SMS-owy link do mapy Google. Po skorzystaniu z usługi wiadomość w niewytłumaczalny sposób znikała z jego telefonu.

 Dziś ON jak zwykle wszedł lekko do „Montowni” i skłonił się na wzór azjatycki z służalczością, którą przekuwał w nieodgadnioną charyzmę. – Karolu – powiedział bardzo powoli z akcentem, którego pochodzenia nie sposób było odszyfrować. – Odetnij mi dziś proszę połowę mojego kucyka, skórę ogol tą twoją przedwojenną brzytwą, a włosy zapakuj do tego – mówiąc to, wręczył mu pudełko wykonane z małej czaszki. – Spieszę z wyjaśnieniem, Karolu. To głowa małej małpy. Jest pewnego rodzaju talizmanem, jeśli wiesz, co mam na myśli – kontynuował. Po szybko wykonanej pracy, zanim ON tradycyjnie się oddalił, wyjął mocno pomiętą kartkę i wręczył ją Karolowi.

Abonent jest czasowo niedostępny 01

Minęło 15 minut zanim Karol zdecydował się przeczytać, jaki rodzaj płatności tym razem przygotował dla niego nieznajomy. Czytał, czując, że ciśnienie niebezpiecznie szybuje mu do granicy udaru mózgu. „Karolu, dziś jest inaczej. Po przeczytaniu tego listu dobrze się zastanów nad swoją decyzją. Chcę, a właściwie muszę, Cię prosić o pewną przysługę. Możesz nazwać ją też pomocą. Jeśli odmówisz, nie obrażę się, lecz nigdy już nie będę mógł być klientem „Montowni Fryzur”. Zniknę tak, jak się pojawiłem. Wiem, że jesteś doskonałym jeźdźcem motocyklowym, i nie ukrywam, że to było rozstrzygające. Masz na decyzję 10 minut”.

Karol wyszedł na zaplecze. Śmiech i rozmowy personelu  o normalnym życiu kontrastowały z jego wielkim wahaniem. Jego życie stało właśnie pod znakiem zapytania. Spojrzał na swój smartwatch, na którym zamiast godziny rozpoczęło się odliczanie 09:59, 09:58… i dalej, jakby ktoś go poganiał lub motywował. A może i jedno, i drugie. Co kilka sekund na wyświetlaczu pojawiał się napis YES/ NO, jak w programowaniu dawnych komputerów ATARI czy AMIGA. Wyszedł na zewnątrz. Zbierało się na straszliwą burzę. Aby się nie udusić, oddychał głęboko.

Chciał być w pełni świadomy swojej decyzji. „YES” – musnął palcem ekran zegarka, który automatycznie przekierował go na adres w oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od Trójmiasta wsi Wieżyca. Kiedyś zjeżdżał tam na nartach ze stoku, który dumnie wznosi się na wysokość ponad 328 metrów nad poziomem Bałtyku. Obecnie od kilku lat biznes podupadał z powodu braku śniegu w zimie. Wskoczył na swój terenowy motocykl typu enduro i ruszył w drogę. Było już ciemno, gdy po kilkudziesięciu minutach dotarł do zielonego znaku z białymi literami WIEŻYCA. Zadzwonił jego telefon. Na wyświetlaczu pojawił się numer jego mamy i jej zdjęcie. – Proszę, tylko nie teraz… – powiedział głośno, ale instynkt synowski zwyciężył. – Mamo – odebrał. – Wszystko w porządku? Chciałbym zadzwonić później… – Nie skończył, bo przerwał mu JEGO głos. – Widzę, że jesteś na miejscu. Wpiąłem się w twoją  kartę SIM i połączyłem ją z telefonem twojej mamy. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.  W ten sposób ta rozmowa jest nie do namierzenia. Używam jej lokalizacji z Wrzeszcza, więc nie sposób  również jej namierzyć tutaj, gdzie jesteśmy.

– Pamiętaj, jeszcze możesz się wycofać. To jak Karolu? – zapytał z naciskiem. – Lubię jeździć – powiedział szybko Karol.  – Dobrze. Podjedź do mnie, popatrz w lewo na godzinę 11:00.  Karol zobaczył dwa błyśnięcia świateł, po czym w pokonaniu drogi pomogły mu rozbłyski reflektora motocyklowego, który musiał mieć ruchomą żaluzję, jak w szperaczach okrętów wojennych z II wojny światowej. Prawie jakby nadawał alfabetem Morse’a. Podjechał do NIEGO.

– Proszę za mną – zakręcił przyjacielsko manetką gazu i skierował się w stronę jednego z drewnianych domków letniskowych o ostrym spadzistym dachu typu „Wieżyca”. Zaparkowali w garażu w przyziemiu. W powietrzu unosił się zapach wilgoci i sosnowego drewna z czasów wakacyjnych domków z socjalistycznych  wczasów pracowniczych. W rogu stały automaty z kulkami.  „Na flipperach mam wszystkie rekordy” – przypomniał mu się Sokół & Pono w ich nieśmiertelnej raperskiej rymowance.

ON zamknął tradycyjne dwuskrzydłowe drewniane drzwi garażowe, które zabezpieczył metalową sztabą – była to szyna kolejki wąskotorowej.– Pewnie zastanawiasz się, jakiej pomocy potrzebuję, i dlaczego Ty, Karolu. Otóż, pewien stary Kaszuba, z którym się zaprzyjaźniłem, przekazał mi dawne plany, które…Uderzenie nie pozwoliło mu skończyć. Brama zatrzęsła się i wygięła, by powrócić na chwilę do pierwotnej pozycji. W pomieszczeniu zrobiło się biało. Coś, co próbowało wtargnąć do garażu, naruszyło pustaki, z których zbudowany był domek. Nagle kawałek haka minął głowę Karola o centymetry i wybił dziurę we wrotach. Już wiedzieli, z czym mają do czynienia. Zgrzytnął bieg wsteczny dźwigu, co było dla nich chwilowym ratunkiem.

ON skinął na Karola i pokazał „idziemy tam”. Przecisnęli się do kolejnego pomieszczenia, zasuwając ciężkie, metrowej grubości drzwi, przeniesione tutaj prosto z bunkra Wehrmachtu. – Patrz tam! – krzyknął do Karola, wskazując mu niewielki przeszklony wizjer. Dźwig już przebił się do garażu. Wysiedli z niego dwaj mężczyźni w strojach z logo „Usługi dźwigowe do 50 ton”. – Hasta la vista, baby – wyrecytował ON, wciskając przycisk „awaryjne oddymianie”. Karol najpierw usłyszał potworny huk, potem potężna fala uderzeniowa naparła  na pancerne drzwi, zamieniając garaż w pierwotny plac budowy. Karol zerknął przez wizjer. Nic, zupełnie nic nie zostało z napastliwego dźwigu, flipperów i samej konstrukcji garażu. – Cóż – uśmiechnął się ON – tutejsza ekipa, szwagier z bratem, w tydzień odbudują.

Ale czas na nas. Przeszli przez kolejne drzwi. Strzeliły bezpieczniki i zalało ich światło z pięknych pofabrycznych opraw oświetleniowych. W wysokim tunelu stały dwa nowiutkie motocykle. – Poznaj moich kolegów – to Harley Davidson FXDR, sztuk dwa. Są w kolorze drapieżnej czerwieni. Przepraszam – strapił się ON – bez rozlewu krwi się nie obeszło Robiły robotę. Karol był zachwycony. Dwa tylne błotniki. Jeden wspaniale prawie zlicowany z powierzchnią opony, drugi dla kontrastu zadarty wyzywająco do góry, jakby chciał powiedzieć „podjedź bliżej, to sprawię ci prysznic z błota”.

Końcówka wydechu, przypominająca otwarte usta dzikiego zwierzęcia, potęgowała agresywny charakter maszyny. – Przepraszam za osad na rurze wydechowej, ale usmażyłem sobie na niej dwa jajka na miękko, tak zgłodniałem przy czyszczeniu Harleya. Ten FXDR lubi, jak się go ostro pogoni. Wtedy dobrze mieć ze sobą jaja od kur z wolnego wybiegu. Lepsze to niż lunch w najmodniejszej hipsterskej knajpie – zaśmiał się ON. – Przygotowałem dla nas kaski. Mam nadzieję, że nie będą potrzebne, ponieważ trochę się przy nich narobiłem. – Mówiąc to, wyjął dwie sztuki osobliwych ochraniaczy głowy z bezpiecznego kompozytu. – Są całkowicie wegańskie, od obrońców praw zwierząt dostałbym pewnie za nie medal. Znajomy lekarz pobrał mi z moich czterech liter kawałek skóry, pokombinował z komórkami i namnożył mojego własnego skina. Trochę to trwało, ale wystarczyło na pokrycie tych dwóch kasków. Zapewniam, że nie kupisz ich na Ebay’u ani AliExpress – zarechotał. Zakasłały ponad 10 – centymetrowe tłoki. Prawie 1900 cm3 ogromnej pojemności silnika zbudziło się do życia. Ruszyli podnóżek w podnóżek koło siebie w głąb tunelu, który wydrążono w najwyższym puncie Kaszub – górze Wierzyca.

Miejsca było tutaj tyle, że śmiało mogli jechać obok siebie, delektując się chłodem surowego betonu.Po kilku minutach jazdy ON wyforsował się do przodu, by wjechać po starych belkach tworzących kilkumetrowy pomost do garażu podobnego do tego, który wcześniej uległ destrukcji. Otworzyli wrota, a Karol zorientował się,  że znaleźli się po drugiej stronie tego niezwykle popularnego narciarskiego stoku, we wsi Szymbark. Miejsce to jest znane z odwróconej do góry nogami kaszubskiej chaty. Było już kompletnie ciemno. Stanęli na pustej, spokojnej drodze. – Proszę, weź to – podał Karolowi mały, wodoodporny plecak. – Jest tam druga kopia tego, o czym chciałem ci powiedzieć tam, w garażu.

Słyszysz? – Pokazał ręką na migoczące światła, gdzieś na jezdni w Ostrzycach. Karol podrapał się po skórze kasku.  – Dziwne… Z doświadczenia wiem, że nie sposób jechać z taką prędkością. Nie tą drogą. To jakieś 150–180 km/h. To muszą być… – znów nie skończył, bo ON już wkręcał się na obroty. Dokręcili manetki gazu. Minęli Krzeszną – wieś opanowaną przez kolejarzy, z osobliwym domem letniskowym, wagonem z dawnego ZSRR – kiedy jednocześnie w lusterkach ujrzeli cztery wyścigowe motocykle.

Zbliżały się bardzo szybko.  – Niech podjadą, trzeba poznać przeciwnika – zakomenderował. Wyścigowcy zatrzymali się dziesięć metrów od nich, dokładnie pod ledową latarnią. Były to cztery azjatyckie ścigacze, wymalowane w wojenne barwy Japonii z czasów II wojny światowej. Każdy z jeźdźców trzymał policyjny teaser – paralizator elektryczny. – Nie chcą, żebyśmy byli muerto, więc rura do przodu – krzyknął ON. Ci z tyłu zdawali się im odpuszczać, choć tempo było widowiskowe. Ten model Harleya, stworzony do jazdy po zakrętach, dorównywał tej skośnookiej technologii przeznaczonej do ścigania. – Wojownicy Ninja chyba rezygnują – zawołał Karol, znacznie redukując prędkość. W chwili, kiedy zrównał się z NIM, jechali łeb w łeb. Nagle, niczym strąceni jakąś niszczycielką energią, polecieli na bok jak bezwładne szmaciane lalki, wpadając z ogromną siłą do ciągnącego się za wysoką skarpą rynnowego jeziora.

Nad kaszubską jezdnią zapadła nieprzyjemna cisza. Potęgował ją kontrast niedawnego  ryku motocykli, tak brutalnie stłamszonego przez nieznaną siłę. Ninja podjechali do miejsca, gdzie grawitacja i prawa fizyki były nieubłagane. Zabrali ze sobą kanister oleju, którego zawartość wcześniej wylali na drogę. – Patrz – powiedział Karol. – Wysypują teraz neutralizator, jakiego używa straż pożarna przy wypadkach samochodowych. Rzeczywiście, jezdnia pokryła się pomarańczowym proszkiem, podobnym do tego używanego na kortach tenisowych. Jeden z jeźdźców dokładnie zebrał łopatą całą jego warstwę i wsypał ją do wielkiego wora. Machnął ręką na pozostałych, a po chwili ich tylne światła stały się tylko punkcikami podobnymi do wykrzesanych iskier ulatujących w niebo podczas ogniska.

– Dobra, wyłazimy z tego jeziora – dowodził ON. – Szkoda mi trochę tych maszyn, bo użyczyli mi je do testów przyjaciele z salonu Harleya z Gdańska na Miałkim Szlaku. – To zaraz obok stadionu żużlowego. Jak rozgrywają wyścig, to masz darmowe piaskowanie zębów.  – O, dobrze, że przypominasz. Mam zaplanowany taki zabieg w klinice u doktora Zarańskiego – zadygotał z zimna Karol. – Dobra, centrala Harleya Davidsona przetestuje, jak maszyny reagują na powódź, ale ja mam moją urażoną dumę. Wiesz, Kodeks Hammurabiego, cóż, traktuję go dość dosłownie. Weszli do ciemnego, świerkowego lasu. ON włączył dziwną nawigację, która wyglądała jak z wczesnych lat 90.  – To wojskowa wersja Google Maps, przeznaczona wyłącznie dla NATO. Pozwala na anonimowe przemieszczanie się podczas włączonej lokalizacji – opowiadał, jakby znajdowali się na poligonie. – Nasze zadanie to zlokalizować dwa nowe obiekty, które tu niedaleko umieściłem. Ooo, zobacz, system naprowadzania pokazuje je tutaj tą czerwoną linią lasera.

Abonent jest czasowo niedostępny 02

Podeszli bliżej. Karol najpierw nie zobaczył nic, by zaraz potem ściągnąć wojskową siatkę maskującą. – Tu są moje bliźniaki – zarechotał ON. – No, chodźcie do tatusia, dziś wasz wielki dzień. Wytoczyli maszyny z lasu. Światło księżyca, który zbliżał się do pełni, spłynęło po motocyklach niczym staromodny, żółty halogen. – Przedstawiam ci LiveWire – pierwszego Harleya,  który jedzie ciszej od roweru Wigry 3 – rozochocił się ON. – To dziś będzie nasz wielki atut. Przewaga, która pomoże mi stać się Sylvestrem Stallonem z Rocky’ego, a właściwie „Rambo” połączonego z „Człowiekiem Demolką”. – Jestem przekonany, że w to wchodzisz, Karolu? – zapytał retorycznie. Ruszyli bezszelestnie. ON jeszcze coś pogmerał w swojej wojskowej nawigacji, mrucząc, tak, tak, we wsi Ostrzyce skręcić mocno w prawo, tam ONI przemieszczają się przepisową 50. Motocykle reagowały na polecenia swoich Panów niczym Szarik na komendy Janka w Czterech Pancernych. Elektryczny silnik miał jedną wadę – nie był w stanie wysuszyć ich mokrych ubrań. Cisza pozwoliła im działać. Czuli się jak komandosi, którzy czołgając się bezszelestnie, mogą całkowicie zaskoczyć swój cel. Zauważyli jeźdźców Ninja, którzy spacerowym tempem fetowali swoje zwycięstwo.

Karol ruszył pierwszy. 500 metrów, potem 400 i nic – żaden z nich się nie odwrócił. Prąd był ich wielkim sprzymierzeńcem. Odkręcił manetkę gazu do połowy. LiveWire wyrwał do przodu z siłą pocisku karabinu snajpera. Karol, wyćwiczony w podciąganiu, gwałtownie wyhamował, co pozwoliło mu wziąć zamach obiema nogami, trzymając się kierownicy. Wykonał coś na kształt szpagatu, strącając jeźdźców na boki. Słychać było dwa nieprzyjemne pyknięcia, kiedy kaszubskie przydrożne drzewa stały się świadkiem nieuchronnego. Dwóch kolejnych jeźdźców odwróciło się, jednocześnie ustawiając się jeden za drugim. Cicha siła pojawiała się znienacka. Wystarczyło, że podniesione koło  drugiego motocykla musnęło ich kierownice. Obie maszyny niczym bolidy F1 były zmuszone zjechać do PITSTOPU, który kończył się betonowym przepustem. Karol z towarzyszem również nie oglądali się za siebie. Zatrzymali się dopiero na szczycie „Jastrzębiej Góry” – miejsca, skąd rozpościera się zjawiskowy widok na jezioro Ostrzyckie.  – Widzisz – zaczął ON – teraz mogę ci wręczyć jedną z map starego Kaszuby. Co odbierzesz ziemi będzie twoje.  Niegrzeczni chłopcy chcieli nam je zabrać, ale czy mama im nie mówiła, że jazda motorem jest niebezpieczna? – Live and Let Die – zwrócił się do niewidzialnych wrogów, cytując Guns N’ Roses. – Tak na serio, to dziękuję, że ze mną byłeś. Sam bym sobie nie poradził. – Tak – skwitował Karol. – Moto elektryczne się przydaje. Dziś byliśmy jak Cichociemni – osławieni polscy wywiadowcy.

*** miesiąc później ***

Karol odbywał swój poranny dyżur w „Montowni Fryzur”. Denerwował się. Po pierwsze, zastanawiał się, co skrywa mapa, choć chciał odwlec tę chwilę jak najdalej. Obsłużył pierwszą klientkę i wybrał numer telefonu z ostatniej karteczki, jaką dostał od NIEGO. Po trzech sygnałach dało się słyszeć beznamiętny głos: „ABONENT JEST CZASOWO NIEDOSTĘPNY, PROSZĘ ZADZWONIĆ PÓŹNIEJ”.

Wszelkie postacie i wydarzenia, które miały miejsce w opowiadaniu są fikcją literacką. Perfect Smile Clinic Wrzeszcz wręcz odwrotnie – jest jak najbardziej prawdziwa – zapraszamy ciepło, gorąco a nawet upalnie.

To czoper Bejbe rozmowy w oczekiwalni Perfect Smile Wrzeszcz 01

To czoper Bejbe.

Powrót do przeszłości Rozmowy w oczekiwalni 02

Powrót do przeszłości.