Road to HEL

Co to, jakieś ćwiczenia Wojsk Obrony Terytorialnej – zainteresował się doktor Zarański, patrząc przez szybę kliniki, kiedy to prawdziwa wojskowa terenówka zamlaskała oponami na asfalcie. Auto wyglądało na prawdziwe zwierzę terenowe. Po linię szyb widać było jakby ktoś wykąpał je w szlamie, który dodatkowo utrzymywał się na aucie z powodu jego specyficznej faktury lakieru, który wyglądał jak ściana, wyszpachlowana przez fachowca po 3 mocnych piwkach. Acha – pomyślał doktor, to Pan Marcin, przecież wpisałem go wczoraj w nocy do systemu rezerwacji, kiedy zadzwonił do mnie sepleniąc, że kolba karabinu obluzowała mu dwójkę i trójkę.  – Jezzzzstemmm koło Czernobyla, no na Ukrainie, brzmiały urywane wyrazy, mieliśśśśmy tu mamy survival. Potem zapadła cisza i dostał jeszcze SMS o treści. Koledze nawalił noktowizor, pomylił mnie z niedźwiedziem i wyrżnął kolbą w moje, a właściwie twoje implanty. Ratuj!!!

Tak więc stał teraz doktor Tomasz, patrząc na to coś, co musiało być Marcinem –  sławą neurochirurgii, który wygramolił się terenówki. Wyglądał jak Czubaka ze Star Wars, cały owłosiony tylko różniący się od swojego ryczącego odpowiednika, zieloną barwą sierści. Łysa głowa Marcina pomalowana farbą, wystawała z tego osobliwego stroju. Wielki kawał chłopa uśmiechał się przyjaźnie, zdumiewająco delikatną twarzą.

Road to Hel Opowiadania w oczekiwalni 05

Znacząc błotem swoją linię przejścia do gabinetu, wskoczył na fotel, który czujna asystentka przykryła zapobiegawczo podwójnym jednorazowym prześcieradłem stomatologicznym.

Tymczasem w poczekalni, jeden z pacjentów wyraźnie się ożywił. Kręcicie u was jakiś film? Może ten cudak, wskazał na drzwi gabinetu, powinien skoczyć z wagonu, potem spuścić się po drabince linowej z muru tego koło kolei – rozmarzył się pacjent. Przekażcie to proszę reżyserowi – możecie? zapytał z bardzo poważną miną.

To niestety niemożliwe odparła grzecznie Pani z recepcji – to nasz stały pacjent. Robi operacje o tutaj – delikatnie wskazała na swoją głowę. Odreagowuje swoje stresy i lęki w lesie – bawiąc się w wojnę. Dziwne, ale nieszkodliwe hobby. A dodatkowo wie Pan, daje nowe życie. Jak w grze na konsoli. Kiedyś przyleciał po niego, tutaj do Portu Lotniczego w Gdańsku najnowszy Gulfstream zabierając go na prywatną wyspę, którą to żona sparaliżowanego młodego człowieka przekształciła w jednorazową klinikę. Operacja się udała, gość mówi, je, ma sprawne ręce i tylko niedowład jednej nogi. Ale to cud skrzyżowała ręce – recepcjonistka – bo przecież uderzył w skały kanionu, lecąc w specjalnym kombinezonie wingsuicie – jak ptak.

I co, co było dalej dowiadywał się pacjent. Jest happy end, proszę się nie denerwować przed zabiegiem – cały sprzęt z tej operacji warty miliony dolarów, został bezpłatnie przekazany i przetransportowany do jednego z wojskowych szpitali na Ukrainie, na oddział neurochirurgii dziecięcej. Nie ma teraz miejsca na Ukrainie, do którego Pan Marcin nie miałby wstępu – włącznie z zakazaną strefą – zoną w najbliższym sąsiedztwie elektrowni w Czarnobylu.

Z gabinetu doktora Zarańskiego, usłyszeli głośnie hurrrra. Przez niedomknięte drzwi usłyszeli poważny, ale radosny głos doktora. – Ty to masz szczęście i twój kolega – ten od karabinu co pomylił cię z misiem. Moje implanty tylko się poluzowały, patrz teraz dokręcę ci tylko ich część – specjalny łącznik. Jakbyś miał swoje własne zęby, to by było znacznie gorzej z całą twoją buzią. Jakby to powiedzieć, zamyślił się doktor – implant zamortyzował uderzenie i przyjął na siebie siłę uderzenia. Kto wie, czy bez nich nie miałbyś pękniętej szczęki.

Road to Hel Opowiadania w oczekiwalni 06

I co jadłbym przez słomkę – dopytywał się Marcin.
Tak i zero mięsa – tylko kleiki przez jakieś dwa miesiące.

To dobrze, uciszył się sławny lekarz. Pamiętaj, że moje zęby straciłem przez kamień, którym z procy, Dziki strzelił do mnie na dzielni. Teraz, tam jest spokojnie to jedna z najbardziej pożądanych miejscówek w Gdańsku, ale kiedyś było jak było – zatarł ręce wspominając. Teraz z Dzikim, jesteśmy najlepszymi kumplami. Pojutrze lecimy w rejony dawnej Jugosławii. Wiesz, tam wciąż w niektórych rejonach nie jest najbezpieczniej. Jakiś Milan lub Slobodan, imię na pewno zmyślone, wysłał swoich ludzi z zapytaniem czy nie wyjmę z jego głowy kawałka stali. Lubię takie wyzwania, choć moja mama najchętniej widziałaby mnie w fotelu z kraciastym pledem na kolanach, odpoczywającego po dyżurze w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia – zarechotał radośnie.

I co Dziki będzie będzie twoim asystentem – dopytywał doktor Zarański. No prawie, prychnął wodą do przepłukiwania ust Marcin. Będzie czuwał w pobliżu w śmigłowcu – takim jak niedawno kupiła nasza armia. Moim zdaniem, właśnie Black Hawk – jest najdoskonalszym metalowym ptakiem. Wiesz jak to robimy? – zapalił się do opowieści.  Lecimy w dwie sztuki – jeden pilotuję ja, drugi zaprzyjaźniona koleżanka – o wiele lepsza ode mnie. Gdybym mógł decydować w Ministerstwie Obrony Narodowej – to kierowałbym głównie babeczki na szkolenie pilotek helikopterów. Ok – nieważne, więc mamy dwie sztuki, oba poza bronią automatyczną, wyposażone na naprowadzone rakiety. Jednym Jessica moja pilotka – nie śmiej się przyjaźnie pogroził doktorowi neurochirurg, wisi w powietrzu, obok domu rodzinnego trudnego klienta, któremu muszę pogrzebać w głowie. Taka moja polisa na życie. Drugim Dziki, manewruje nad polową salą operacyjną w klimatyzowanym namiocie – anywhere. Ale sprzęt, medyczny najlepszy już sprowadzili, przywiozę też trochę mojego.

 – Dobra, ale wiesz kamienia ci się nazbierało na zębach, a mamy w drugim gabinecie mała lukę, Pani Ola czeka na ciebie. To będzie jak śrutowanie statku w stoczni ze starej farby – to lubię tym razem chirurg od głów parsknął wodą na ścianę gabinetu. Chyba cię obciążę kosztami malowania – zaśmiał się doktor Zarański. Leć, trawa do skoszenia na mnie czeka. Czekaj, czekaj zatrzymał go Marcin. Nie chciałbyś polecieć ze mną do Serbii, zrobić kilka wycisków, wstawić paru zębów dawnym watażkom wojskowym? Nie, nie namówisz mnie – odparł ze śmiechem doktor Tomasz. Jestem zbyt potrzebny moim pacjentom –  żywy tutaj na miejscu.

Dzięki za szybką interwencję z implantami – muszę się zrewanżować, zapraszam przed gabinet ryknął Marcin – wyraźnie pobudzony przez swój wibrujący zegarek. Tomek, Tomek  – mam dla ciebie niespodziewankę.

Dolny, a właściwie środkowy Wrzeszcz jeszcze tego nie widział. Najpierw w powietrzu pojawiły się decybele, później znienacka przybył wiatr – jak przed letnią burzą. Ale to nie był zwiastun deszczu. Nad nimi naprawdę nisko, zaraz nad dachami zabytkowych poniemieckich kamienic, zawisł w oczekiwaniu wielki potwór. Z symbolami kraju rad ZSRR, szturmowy śmigłowiec MI przejął kawałek nieba. Coś czarnego wyleciało z niego prosto pod nogi obydwu lekarzy. Czarna podwójna nylonowa lina zaopatrzona w charakterystyczne uprzęże, podobne do skoków na bungee potoczyła się się po ziemi. W kwadrans studencki będziemy na półwyspie w Juracie – warknął ochoczo, specjalista od operacji mózgu podając doktorowi Zarańskiemu drugą uprząż. – Cóż znów, ROAD TO HEL – skwitował ten drugi – widoki będą bezcenne.

Wszelkie postacie i wydarzenia, które miały miejsce w opowiadaniu są fikcją literacką. Perfect Smile Clinic Wrzeszcz wręcz odwrotnie – jest jak najbardziej prawdziwa – zapraszamy ciepło, gorąco a nawet upalnie.

Zobacz inne opowiadania:

Dziewczyna z pociągu Rozmowy w oczekiwalni Perfect Smile 01

Dziewczyna z pociągu.

Powrót do przeszłości Rozmowy w oczekiwalni 02

Powrót do przeszłości.